Wolisz coś pooglądać? Zajrzyj na mój kanał. :)

Jesteś spragniony większej wiedzy? Wejdź na Patronite projektu, gdzie publikuję wyjątkowe treści - dostępne tylko dla moich Patronów!

Słuchaj na Spotify

Druga część podcastu o mieszkańcach Fundacji Wildlife Friends Foundation Thailand! W pierwszej opowiedziałam Ci trochę o kazuarach i Bernim oraz o orangutanach i Chico. Natomiast dziś pogadam jeszcze o innych zwierzakach - legwanach zielonych, makakach, dzioborożcach wielkich, biruangach, lori bengalskich oraz wyderkach orientalnych.

Uf, będzie sporo ciekawych rzeczy!

Iguany, makaki i dzioborożce!

Biruangi, lori i wyderki!

​​​Transkrypt:

Intro: Cześć! Mam na imię Sylwia i prowadzę projekt Bliżej Zwierząt, który ma na celu pomoc Ci zrozumieć dziki świat! Witaj w Dzikim Podcastcie, w którym opowiadam, wyjaśniam i dyskutuję na tematy związane z dziką przyrodą i jej mieszkańcami. Jeśli chcesz stać się bardziej świadomym świata, który Cię otacza - to dobre miejsce. Razem ze mną poznawaj go, odkrywaj i zachwycaj się nim. Więcej treści znajdziesz też na stronie www.blizejzwierząt.com Dzięki, że z nami jesteś – jedziemy!

Cześć! Witaj w kolejnym Dzikim Podcaście. Jest to druga już część historii mieszkańców Fundacji Wildlife Friends Foundation Thailand! W pierwszej opowiedziałam Ci trochę o kazuarach i Bernim oraz o orangutanach i Chico… a dziś… Dziś zaczniemy może tym razem od jakiegoś gada?

Tak, niech będą gady! Tak więc, do rzeczy - najpierw odwiedzimy zagrodę legwanów zielonych. To duże, nadrzewne i roślinożerne jaszczurki. Bardzo dobrze wspinają się po drzewach i czytałam, że potrafią nawet spaść z wysokości kilkunastu metrów, lądując przy tym bez uszczerbku na zdrowiu. Ta informacja jest dla mnie o tyle ciekawa, że raz, podczas spryskiwania jednego osobnika wodą on nagle przesunął się na takiej drewnianej platformie, na której siedział i po prostu spadł. No nie było to jakoś bardzo wysoko bo trochę ponad metr, myślę, ale okropnie się wtedy zdziwiłam… przestraszyłam. Jaszczura, jak już znalazła się na ziemi, zaczęła sobie po prostu spokojnie iść. Także nic jej się nie stało, ale no. Moje zdziwienie było niemałe. I wtedy dowiedziałam się, że mają właśnie takie super moce spadania bez urazu! Może widziałaś/widziałeś kiedyś coś podobnego? Daj znać!

Legwany zielone naturalnie żyją w Ameryce Środkowej i Południowej. Zatem co robią w Tajlandii? Dobre pytanie! I znasz już na nie odpowiedź! Oczywiście, że nie mają żadnych papierów potwierdzających ich legalne pochodzenie więc były albo nielegalnie przywiezione do tego kraju, albo nielegalnie rozmnożone w tym kraju.

No i problem jest tutaj taki, że te gady jeszcze kiedyś były bardzo nietypowym wzbogaceniem domu, wnętrza domu. No nietypowym zwierzątkiem. Wiesz, fajnie było mieć taką niecodzienną jaszczure pod dachem po prostu. No dziś już są trochę mniej niecodzienne, dziś na topie są… duże koty! <śmiech> Sorry, musiałam! <śmiech> No, ale wracając – moda to coś co często szybko przemija.

Eeeee, no ale! Właściciele tych zwierząt w Tajlandii dosyć często się ich pozbywają, a wcześniej w ogóle nieodpowiednio je utrzymują. Robią to oczywiście nie tylko Tajowie, u nas w Polsce też to się dzieje – tutaj zachęcam do przesłuchania pierwszego Dzikiego Podcastu, w którym rozmawiałam z Agą Żarczyńską – wolontariuszką fundacji Epicrates, która zajmuje się właśnie porzuconymi między innymi gadami! Opowiedziała nam trochę o tym jak wygląda porzucanie tego typu zwierząt u nas, w Polsce.

I w sumie jak już jesteśmy przy Adze to tutaj kolejna dygresja! Bo w momencie, w którym przygotowywałam notatki do tego podcastu, Aga wrzuciła na swojego fanpage na Facebooku, który przypomnę, nosi nazwę przypomnę – Bezrobotny Behawiorysta po Akademii Rolniczej w Mieście Inspiracji. <śmiech> Link będzie poniżej. Ona wstawiła link do artykułu właśnie o legwanach zielonych. Ale to nie byle jaki artykuł, ponieważ jest to jej artykuł, sama go napisała na podstawie własnych obserwacji. Praca nosi nazwę „Przebieg procesu oswajania legwana zielonego (Iguana iguana) w warunkach chowu terraryjnego”. Podlinkuję Ci go oczywiście w opisie.

Jak czytamy we wstępie pracy: „Legwan zielony (Iguana iguana) to jeden z wielu gatunków jaszczurek utrzymywanych w chowie terraryjnym. Oswojenie jest kluczowym czynnikiem warunkującym bezpieczną obsługę zwierzęcia, ze względu na jego duże rozmiary ciała. Celem niniejszej pracy była analiza zmian zachowania samca legwana zielonego w trakcie procesu oswajania, w stopniu umożliwiającym bezpieczne sprawowanie nad nim opieki w przyszłości. W tym celu wykonano ćwiczenia kontaktowe obejmujące: spryskiwanie terrarium oraz ciała legwana wodą, delikatny dotyk, karmienie z ręki oraz próby podnoszenia jaszczurki w terrarium.”

No i Aga opisała tutaj właśnie jakie były te pierwsze zmiany w zachowaniu legwana i jak długi w ogóle był ten proces.

Bo tak. Legwany potrafią, gdy czują zagrożenie zaatakować – mam tutaj na myśli głównie ugryzienie, więc oswojenie ich (PRZYPOMINAM W TYM MIEJSCU, ŻE OSWOJENIE TO NIE TO SAMO CO UDOMOWIENIE – bardzo ważna informacja) jest ważne, zarówno dla ludzi jak i samego zwierzęcia, żeby czuło się ono po prostu mniej zestresowane i zagrożone. Czytałam, że te legwany są niezwykłymi indywidualistami i bardzo trudno przyzwyczajają się do człowieka.

Ogólnie w ośrodku, w Tajlandii, robiliśmy właśnie to samo co opisuje Aga w swojej pracy – głównie spryskiwaliśmy je wodą (nie dotykaliśmy ich raczej) – nagranie z tego wydarzenia znajdziesz poniżej, pod podcastem.

Ale dlaczego chcieliśmy, w Tajlandii, oswoić te jaszczury? Przecież tak zawsze mówię tutaj o wypuszczaniu zwierząt dzikich na wolność, przywracaniu ich do natury. No tak, ale jeśli się da… Jak mówiłam legwany zielone naturalnie występują w Ameryce Środkowej oraz Południowej, a nie w Azji! I choć klimat Tajlandii im sprzyja, to nie jest to rodzimy gatunek dla tej części świata. Mógłby on wyprzeć inne, często chronione gatunki, które naturalnie żyją w Tajlandii. Także dupa. To gatunek inwazyjny. W Polsce taką sytuację mamy z żółwiami czerwonolicymi – pochodzą one z Ameryki Północnej i są zagrożeniem dla naszych rodzimych żółwi błotnych, z Europy. Tak, tak to w sumie baaaardzo podobne sytuacje. U nas ludzie kupują żółwie czerwonolice, nudzą się im/nie mogą się nimi zająć/cokolwiek innego, niepotrzebne skreślić, i je wypuszczają. No wiesz. Na wolność. A one wypierają ze środowiska nasz rodzimy gatunek żółwi błotnych i są zagrożeniem też dla innych gatunków. W Tajlandii z legwanami jest to samo. Ludzie wypuszczają legwany bo „przecież sobie poradzą na wolności”. No one może tak, ale inne rodzime gatunki… no może być ciężko.

Dlatego legwany, które trafiły do ośrodka, już w nim pozostaną do końca… Często trafiają tu osobniki z urazami mechanicznymi, które są efektem… bezmyślności ich właścicieli i złego utrzymania. Mówię tu np. o takiej Celince – na dole możesz zobaczyć jej ogon, a raczej kawałek ogona, z którym przyjechała do ośrodka.

Dobra, wycieczka idzie dalej. Teraz będzie znów o czym mówić… Zaczynamy temat makaków! O nich… o nich też nie sposób w sumie opowiedzieć za jednym razem, zwłaszcza że w Tajlandii występuje, aż sześć gatunków tych ssaków – makak krabożerny, królewski, brodaty, orientalny, niedźwiedzi i północny „świńsko ogoniasty” (nie wiem jak to na polski przetłumaczyć). W ośrodku były też inne, nie rodzime gatunki, takie jak japońskie czy tajwańskie.

Makak to rodzaj ssaka z rodziny koczkodanowatych. Poszczególne gatunki występują głównie w Afryce i Azji, ale jest też kolonia makaków berberyjskich, która żyje na Gibraltarze.

Wracając do Tajlandii – makaki są tutaj chyba najbardziej popularnymi zwierzętami trzymanymi jako „zwierzątka domowe” i używanymi w rozrywce, do pokazów i jako atrakcja turystyczna. Makaki krabożerne, których jest najwięcej w Tajlandii, traktowane są też jako szkodniki poprzez rosnącą konkurencję między tymi zwierzętami, a ludźmi – oczywiście ten konflikt wiąże się z zasobami i terenami, na których od zawsze żyły te zwierzęta, a teraz nagle mają być one przeznaczone pod rolnictwo.

Makaki w Tajlandii można spotkać też w świątyniach. Chyba jedną z najpopularniejszych jest znajdująca się na południu kraju Wat Suwan Kuha. Nie wiem czy dobrze to wypowiedziałam – nazwę napiszę na dole w opisie. Jest jeszcze jedno, znane najbardziej chyba miasto - Lop Buri, znajdujące się jakieś 150 km od Bangkoku. Masa turystów jaka napływa do Tajlandii, o tym też mówiłam w ostatnim podcaście, sprawia, że zwierzęta te są coraz bardziej oswojone i bezczelne.

Na jednym blogu czytałam nawet wpis, w którym autor chwalił się, że kupił masę chrupek, jakiś orzeszków i owoców w celu nakarmieniach tych małp. I podczas tego karmienia makaki zaczęły być wobec sobie agresywne. Cierpiały zwłaszcza małe osobniki, które były szarpane i gryzione. Dorosłe osobniki też i wobec tych ludzi były… no niedelikatne. Nie odnieśli oni jednak żadnych poważnych obrażeń bo siedzieli sobie wygodnie w aucie. Karmili te zwierzęta przez otwarte szyby. Autor tutaj narzekał, że wolał nie wysiadać z samochodu i musieli naprawdę uważać na te makaki, które były obok nich, a dodatkowo auto w środku było zabałaganione resztkami żarcia dla tych małp!

Oczywiście nie tylko turyści przyczynili się do takiego stanu rzeczy – kultura tajska także. W mieście Lop Buri, w listopadzie, co roku odbywa się święto, podczas którego mieszkańcy wynoszą na ulicę stoły z masą jedzenia przeznaczonego właśnie dla makaków. Tylko, że widzisz, to do pewnego momentu był tylko jeden dzień, a od kilku już lat tych dni jest coraz więcej – takimi „stołami” bowiem stali się zagraniczni, bogaci turyści. No i coraz więcej grup makaków nie boi się teraz ludzi zupełnie, co więcej – często potrafią ich okradać. Jedzenie to swoją drogą, ale zabierają też aparaty, torebki… potrafią naprawdę bez skrupułów wyrwać coś z ręki człowiekowi. Dopiero potem zastanawiają się co to jest i czy w ogóle im to potrzebne.

Kontakt z tymi małpami może  być dla nas nieprzyjemny, nie tylko ze względu na ich „zamiłowanie do kradzieży”. Jak pisałam już kiedyś, chyba w artykule „Złe Małpy”, albo „Wyspy Gibonów” – makaki mogą przenosić na ludzi choroby i na odwrót. Np. wściekliznę lub opryszczkę.

Przez dobrobyt jaki te stworzonka mają zapewniony w niektórych miejscach, ich populacja bardzo się zwiększyła. Czytałam o sytuacji, kiedy to dwie tajskie wsie zostały wręcz napadnięte przez makaki. Wdarły się one do domów i pozabierały wszystko, nawet lodówki pootwierały. W momencie, gdy mieszkańcy zamykali okna i drzwi, te właziły np. przez wentylację, albo inne dziury, których no nie brakuje w takich zwykłych, biednych tajskich domkach. Małpy te okradają też często sklepy.

Makaki to jednak naprawdę interesujące stworzenia. Każde stado ma niejako swoje odmienne zwyczaje, nawyki, prawa, a nawet nazwałabym to kulturą. Czasem społeczność jest demokratyczna, a w innym miejscu, inne stado już rządzi się w ogóle innymi prawami i panuje np. dyktatura. Znam kilka przykładów ciekawych zachowań makaków, które powstały niezależnie od siebie, w różnych częściach świata. Np. w Tajlandii zauważono po raz pierwszy makaki, które czyściły sobie zęby włosami (najprawdopodobniej ludzkimi), tak jak my to robimy za pomocą nici dentystycznych.

W innym miejscu, na japońskiej wyspie Kōjima, zaobserwowano makaki, które myły warzywa w wodzie. No wiesz, obmywały je z ziemi – tak jak my w sumie. Zapoczątkowała to podobno jedna samica, a potem inne osobniki to podłapały. Makaki przekazują tego typu wiedzę i sposoby, swoim młodym, więc zwyczaje te trwają do dziś, przekazywane po prostu z pokolenia na pokolenie.

Ok., były ssaki, były gady… to teraz może ptaki? W Tajlandii jest masa pięknych ptaków. Może zacznijmy od dzioborożców wielkich. Gatunek ten występuje naturalnie w Azji i zamieszkuje lasy. To dosyć spory ptak.

Ogólnie rodzina dzioborożców słynie chyba najbardziej ze swojego sposobu gniazdowania. I tutaj mam na myśli zarówno gatunki z Azji jak i te z Afryki. Pisałam już kiedyś o tym sposobie, w jakimś poście na Facebooku, jakiś czas temu. Na szybko przypomnę! Samica jest zamurowywana, wraz z jajami, w dziupli drzewa przez samca. Zostaje tylko mały otwór na powietrze oraz na jedzenie, ponieważ w tym czasie, w którym samica siedzi tam wewnątrz, samiec stale ją karmi. Gdy wyklują się pisklęta musi dostarczyć on pożywienie też i dla nich. Dopiero po jakiś dwóch miesiącach samica rozbija ściankę dziupli, to sklepienie i wychodzi na zewnątrz Najpierw sama, maluchy jeszcze zostają sobie wewnątrz jakiś czas, ale potem oczywiście i one opuszczają też dziuplę. Zazwyczaj są dwa młode ptaki w lęgu. Dokładniej opiszę to może jeszcze innym razem.

Dzioborożec wielki, występujący naturalnie między innymi właśnie w Tajlandii narażony jest na wyginięcie. Do ośrodka, podczas mojego pobytu tam, trafiło ich kilka, a jeden był po dosyć bliskim kontakcie z psem. W drugim podcaście pt. „Prawa i godność zwierząt w Tajlandii”, mówiłam o bezpańskich psach w Tajlandii… No jest ich sporo. Bardzo sporo. No i jeden z nich złapał właśnie tego ptaka, no a on doznał oczywiście urażeń. Po przybyciu do ośrodka, w celu opatrzenia bieżących ran okazało się, że ptak miał też źle zrośnięte skrzydło. Więc najprawdopodobniej nie była to pierwsza konfrontacja z jakimś psem dla tego ptaka. Miał jakiś wcześniejszy, inny uraz. Nie jest to więc jakaś rzadka sytuacja. Bezpańskie psy i koty naprawdę zagrażają środowisku naturalnemu. I znów to powiem – u nas jest tak samo! Koty, które ludzie puszczają samopas zabijają chronione gatunki np. ptaków, a bezpańskie psy są w stanie przegonić chociażby rysia z lasu lub zabić nawet łosia – serio, widziałam takie sytuacje na własne oczy, na nagraniach z fotopułapek. I przytoczę to co mówiłam tydzień temu – weźmy odpowiedzialność za udomowione zwierzęta, a nie starajmy się zrobić z dzikich zwierzat kolejne nieszczęśliwe „zwierzątka domowe”.

Wracając do ptaków, dzioborożców wielkich. Te ptaki, zaraz po udanej rehabilitacji, wypuszcza się na szczęście na wolność! To rodzimy, dziki gatunek więc fundacja robi to z wielkim powołaniem. Kontakt z ludźmi podczas tej rehabilitacji jest znikomy.

Ptaki te oprócz tego, że narażone są na starcia z bezpańskimi psami i kotami, które jak mówiłam są prawdziwym problemem i jest ich masa w Tajlandii, są również wyłapywane ze swojego środowiska naturalnego – no jak większość, pięknych, kolorowych ptaków, no sprzedawane są na czarnym rynku. W ośrodku dowiedziałam się też, że fundacja usłyszała jakieś doniesienia o przeszkolonych małpach używanych do lokalizowania gniazd dzikich dzioborożców… Kłusownicy wykorzystują małpy, no i one same są w niewoli, utrzymywane tak jak nie powinny być. To podwójna tragedia. No, dzioborożce podobno są dosyć popularnymi „pamiątkami” na ryku południowo-wschodniej Azji.

Teraz może poznamy coś nieco większego, coś z futerkiem, łapami i pyszczkiem. Pora na niedźwiedzia malajskiego, czyli biruanga. To kolejny rodzimy gatunek dla Tajlandii. Występuje też w Birmie, Laosie, Wietnamie, Kambodży, Malezji i północnej Indonezji. Niestety na wieluuu obszarach już wyginął, a w innych jest już skrajnie rzadki. Tutaj jego dokładny zasięg występowania nie jest dokładnie znany.

Biruangi żyją w lasach tropikalnych, nie sprzyjają im i nie podobają im się lasy, które są przekształcone przez człowieka. Wolą pierwotne zalesienia. No podobnie jak nasze rysie chociażby – wolą puszcze niż monokultury leśne. Wiadomka. O tym dlaczego tak jest mówiłam w filmikach na YouTube o reintrodukcji rysia. Te zwierzęta, biruangi, są często także ofiarami kłusowników, zaraz jeszcze przejdę do tego dlaczego. Niedźwiedzie malajskie prowadzą – uwaga bo to ciekawe – nadrzewny tryb życia, potrafią bardzo dobrze się wspinać i większość dnia spędzają śpiąc na drzewach – aktywne są głównie nocą.

Jeśli chodzi o rozwój i biologię tego ssaka to nie jest ona do końca, tak perfekcyjnie poznana. Gatunek ten jest jednym z najsłabiej poznanych niedźwiedziowatych. Wiemy, że młode pozostają z samicą, nie tylko do czasu, aż przestaną być one karmione mlekiem (czyli do jakiegoś 4 miesiąca życia), ale i dłużej – aż osiągną dojrzałość płciową, czyli między trzecim a czwartym rokiem życia.

No i jeden z niedźwiedzi malajskich, Bowie, był, a raczej była bo to samica w sumie, kiedyś takim „domowym słodkim pupilem”. No, mniej słodko skończyła już jej matka, bo została zabita dla mięsa czy tam do wykorzystania jej części ciała w tradycyjnej medycynie chińskiej. Bowie zaś została sprzedana na czarnym rynku jako maskotka. No rozumiesz, dużego niedźwiedzia nikt nie zechce żywego bo jest agresywny. Zaś małą maskotkę, małego pluszaczka - już tak. No, ale żeby hajs się zgadzał to chociaż ludzie posprzedają części tego dużego stwora, które było agresywne i jest.., przepraszam - było matką.

Są nawet „hodowle” tych zwierząt, w których młode sprzedawane są w wieku jakiś 4 miesięcy, od razu jak tylko przestaną ssać, ale jak wspomniałam przed chwilą powinny być jeszcze przy swojej matce kilka lat… Ale to przecież nie ważne dla biznesmenów no nie? Nie ssie – Nara, wydupiaj od matki, żeby ta mogła zająć ponownie w ciąże. Tylko hajs po sobie zostaw.

Biruangi są najmniejszymi niedźwiedziowatymi. Znalazłam różne informacje odnośnie ich wielkości, ale na podstawie moich obserwacji w ośrodku mogę powiedzieć, podsumować to, że ważą około, no 60-80 kg i osiągają około 70-100 cm wysokości w kłębie, czyli w okolicy łopatek, i jakieś myślę około 1,5 metra, może trochę mniej, długości ciała. Żywią się owocami, ale lubią też zlizywać nektar z kwiatów swoim długim językiem. Przygotowywaliśmy im w ośrodku takie wzbogacenia pokarmowe, gdzie rozrabialiśmy z wodą naturalny miód i wlewaliśmy go trochę w przeróżne zabawki. Zajęcia na kilka godzin, serio! A no i oczywiście biruangi nie zapadają w sen zimowy.

Szacuje się, że w przeciągu ostatnich 30 lat populacja biruanga zmalała o 30 procent, ale analizy przeprowadzone przez zespół specjalistów od niedźwiedziowatych Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody i Zasobów Naturalnych (IUCN SSC Bear Specialist Group) wykazały, że jak najbardziej, liczebność populacji niedźwiedzia malajskiego wykazuje trend spadkowy, ale brak jest tutaj wystarczających danych do oceny rzeczywistego jej stanu. Obecnie zakwalifikowany jest ten gatunek jako narażony na wyginięcie.

Za dwa, takie podstawowe zagrożenia dla tego ssaka uważa się utratę jego naturalnych siedlisk i polowania, no kłusownictwo. No czyli klasyka tematu, już o tym mówiłam milion razy. Na wielu obszarach, na których żyją biruangi, prowadzi się wręcz dramatyczną i rabunkową deforestację – czyli Bowie płacze nad swoim losem wraz z Chico – orangutanem z poprzedniego podcastu.

Biruangi są też często przez tubylców uważane za szkodniki – wchodzą na uprawy i je „niszczą”. No w sumie nic dziwnego, skoro do niedawana jeszcze to był w zasadzie ich dom. To tak jakby nagle przez środek Twojego salonu zrobiły sobie ścieżkę dzikie zwierzęta. I jeszcze zabiły Cię przy okazji, a Twoje dziecko porwały, jak nie zdążycie się schować za kanapą, bo jakim prawem Ty tam w ogóle jesteś?  

Ah no właśnie nie rozwinęłam jeszcze tematu tej nieszczęsnej medycyny chińskiej i wykorzystania w niej niedźwiedzi malajskich. Ja kiedyś już o tym wspominałam na Facebooku i Instagramie, nawet całkiem niedawno z okazji premiery filmu pt. „Cenniejsze niż złoto”, na kanale Bliżej Zwierząt, na YouTube. Te ssaki są często przetrzymywane na fermach i hodowane ze względu na żółć. Tak. Pozyskuje się z ich pęcherzy żółciowych żółć. Jest ona pobierana systematyczne, a zwierzę nie jest znieczulone czy coś. Jest w pełni świadome i żywe. I ma rurkę w narządzie. Serio. Serio. Podobno ta substancja jest oczywiście lekiem na całe zło! Niedawno czytałam też, że w Chinach stwierdzono, że to lek na koronawirusa. Nawet nie wiem jak to skomentować, także przejdę dalej. Cenne są też ich łapy – to drogi przysmak. Więc te stworzenia „hodowane” są często w Wietnamie, w jakiś małych, prywatnych „firmach”, w strasznych w ogóle warunkach. Na dole wstawię kilka zdjęć z tych miejsc, a co tam... zobacz sobie na własne oczy. Regularnie pozyskuje się do takich miejsce nowe osobniki oczywiście z natury, no żeby zaopatrzyć te hodowle na nowo. W końcu ileż cierpienia może znieść taki jeden niedźwiedź w takim miejscu…

Ciekawostka – badacze zauważyli, że biruangi posługują się i mają bogatą mimikę pyska. Obserwowali oni 22 osobniki, gdy spontanicznie bawiły się one w Centrum Ochrony Niedźwiedzia Malajskiego w Malezji. Zwierzęta były na dworze i miały możliwość swobodnego oddalania się i przybliżania do reszty osobników, do grupy – mogły się swobodnie przemieszczać. No i zauważono tutaj, że zwierzaki naśladowały emocje i mimikę, która obecna była na pyskach innych osobników. Np. podczas zaciętej zabawy, takiej już ostrej, biruangi pokazywały przeciwnikowi górne siekacze.

Dla mnie jest to taka ciekawostka raczej, ale artykuł który czytałam, który to opisywał, no był tak napisany… Jakby to było odkrycie Ameryki. Naukowcy tam zaznaczają, że „naśladowanie wyrazu pyska może pomóc niedźwiedziom malajskim zasygnalizować, że są gotowe do poważniejszego starcia bądź też wzmocnić więzi społeczne”. No coś niespotykanego. Serio? Nikt by na to po prostu nie wpadł. Przecież to w ogóle nie dzieje się na świecie u innych gatunków zwierząt! <śmiech>

Dobra, ale teraz tak na serio. To było dla naukowców o tyle „niesamowite”, że biruangi prowadzą samotny tryb życia. Poza okresem w którym się rozmnażają, dobierają w pary i mają jakieś tam zaloty, no i oczywiście poza okresem odchowu młodych w przypadku samicy te zwierzęta żyją samotnie. Nie są to zwierzęta stadne. I to wywołało takie właśnie zdziwienie. Do tej pory sądzono, że złożona mimika jest raczej cechą gatunków społecznych. Mi się najbardziej podoba taka wypowiedź, też w tej pracy, tutaj zacytuję: „Wydaje się, że niektóre formy komunikacji są znacznie szerzej rozpowszechnione wśród gatunków ssaków, niż wcześniej sądziliśmy” - powiedział Derry Taylor, główny autor tego badania, które zostało opublikowane w czasopiśmie "Scientific Reports". <lekki pod-śmiech>

Mam jeszcze kilka ciekawych badań o tych zwierzętach, ale może wspomnę o nich jakoś w tym tygodniu na Facebooku i Instagramie. Także bądź czujny/czujna!

Okeeeej, kolejne zwierzę – już przedostatnie. Lori bengalski czyli kukang bengalski. Na pewno nie raz widziałaś/widziałeś go w Internetach, jak słodko się zachowują zaraz do tego jeszcze wrócę.

Zwierzątka te żyją w południowej Azji i oczywiście zagrożone są wyginięciem, a do tego mało poznane co utrudnia pomoc i tworzenie efektywnych projektów ratowania tego gatunku, ale także naraża je na cierpienia. Zwierzątka te, poprzez swój taki niewinny, no słodki wygląd, spowodowany chyba mam wrażenie wielkimi oczkami, które mają bo to zwierzęta nocne i ich oczy przystosowane są po prostu do widzenia w ciemnościach w ten sposób… <śmiech> Już wiesz jak niszczyć wyobrażenia innych osób o tym, że lori specjalnie robią takie wielkie, słodkie oczka bo chcą być pogłaskane!  <śmiech> SERIO! Widziałam gdzieś taką tezę, naprawdę. Kosmos! Właśnie przez to sprzedawane są one jako pupile, jako domowe zwierzątka. Niestety, zazwyczaj w ludzkich domach umierają, ponieważ pojawiają się no nieprzyjemne infekcje, spowodowane usunięciem zębów – jeszcze o tym opowiem zaraz. Poprzez to również maja problemy ze spożywaniem pokarmu. Nie mają też zapewnionych odpowiednich warunków i cierpią z tego powodu. Ludzie męczą je, znaczy eeee…, „BAWIĄ SIĘ Z NIMI” (nie wiem jak to nazwać) za dnia, a to przecież zwierzęta nocne, tak jak mówiłam… Nawet w ogrodach zoologicznych te zwierzęta nie radzą sobie za dobrze – według Międzynarodowego Systemu Informacji o Gatunkach (ISIS - International Species Information System).

W opisie umieściłam link, w którym jest szerzej opowiedziany cały ten problem. Przed pojawieniem się treści, tej prawdy o tych lori, znane i popularne były tylko te treści, które pokazywały je na rękach ludzi, w jakiś ”słodkich pozach”. Internet napędził to wszystko, coraz więcej ludzi chciało mieć to niecodzienne, wyjątkowe zwierzątko i tym sposobem, chociażby w Japonii, stało się ono przez pewien czas numerem jeden w rankingu popularnych maskotek, eee znaczy się zwierzątek domowych.

Na dole link do filmu, który już kiedyś wstawiałam na Facebooka i Instagrama, ale jeśli jeszcze go nie widziałeś/widziałaś to naprawdę polecam. Jest super zrobiony i jest tam masa wiedzy.

Gatunek ten jest zakwalifikowany jako zagrożony wyginięciem między innymi ze względu na właśnie ten rosnący popyt w handlu egzotycznymi zwierzętami i częściami tych zwierząt, które są przeznaczone do tradycyjnej medycyny chińskiej, ale także ze względu na niszczenie naturalnych siedlisk. Czyli po raz kolejny – klasyka, klasyki. Jest to jedno z najczęściej sprzedawanych zwierząt na lokalnych targach zwierząt. W chińskiej tradycyjnej medycynie zwierzątko to, a raczej jego części stosowane są przede wszystkim jako „lek” do problemów poporodowych, w leczeniu problemów żołądkowych, złamań kości i chorób przenoszonych drogą płciową.

Lori wyłapywane są też i sprzedawane do różnych takich zwierzyńców, które powstają na potrzebę uciechy turystów w Azji.

W Kambodży odnotowano, w 2006 roku, że to zwierzę jest jednym z najczęściej spotykanych ssaków w sklepach i na straganach, sprzedawany nawet w setkach osobników.

Dzikie populacje lori znacznie się zmniejszyły, a w wielu regionach to już i wymarły. Występuje jeszcze podobno w nielicznych obszarach chronionych, ale w sumie co z tego skoro kłusownictwo i nielegalne wycinki lasów mają się tam podobno doskonale.

Lori żyją w wiecznie zielonych lasach deszczowych… Ojej aż nostalgłam jak to powiedziałam. „Wiecznie zielonych”… Pamiętam jak czytałam to określenie, jak byłam mała w jakiś encyklopediach. I kuźwa, no, wtedy na serio myślałam, że one są i będą wiecznie zielone. Totalnie nie byłam przygotowana psychicznie na to co teraz się dzieje. No, ale… Lori preferuje wysokie drzewa z taką duża, szeroką i bujną koroną, co daje mu no większą obfitość pożywienia oraz mniejsze ryzyko ataku drapieżnika. No i tak jak w przypadku orangutanów – populacje często zostają odizolowane od siebie co nie daje im szans na przetrwanie w jakiejś perspektywie długoterminowej.

Gatunek ten żyje raczej, zazwyczaj w małych grupach rodzinnych, ale zaobserwowano też osobniki, które żyją samotnie. Zwierzęta mogą uprawiać pielęgnację społeczną i rzadko kiedy wykazują wobec siebie agresję. W grupach społecznych nie ma hierarchii, ani dominacji. Często też śpią w dziuplach lub w gęstej roślinności, właśnie czasem z innymi osobnikami.

Co jeszcze, a wiem. Może słyszałeś/słyszałaś, że lori wytwarzają toksyczną substancję z gruczołów po wewnętrznej stronie łokcia. Wydzielana jest wraz z potem. Substancja ta, po zlizaniu jej przez to zwierzątko bezpośrednio z gruczołu, łączy się wraz ze śliną, która niejako właśnie aktywuje tą substancję i sprawia, że jest ona toksyczna. Toksyna może być przenoszona np. podczas ugryzienia, w obronie i wywoływać reakcję alergiczną u ludzi, a nawet wstrząs anafilaktyczny. Matki pokrywają tą substancją swoje młode i jeśli taki drapieżnik, jakiś np. pyton postanowi zjeść takie maleństwo, to jego smak, no niedobry smak, spowodowany właśnie tymi wydzielinami sprawi, że drapieżnik najprawdopodobniej zrezygnuje takiego z posiłku. Dorosłe osobniki też bronią się przed zjedzeniem za pomocą tych wydzielin, tej substancji, nacierając się nią. No i substancja też najprawdopodobniej chroni je przed pasożytami. W porównaniu z innymi naczelnymi, u lori rzadko i w małych ilościach one występują.

No i właśnie. Aby, jakby, uniknąć ryzyka kontaktu człowieka z tymi toksynami, te osobniki, które przeznaczone są do handlu jako domowe zwierzątka, rutynowo się okalecza – usuwa się im zęby, może powiem dosadnie – wyrywa, a gruczoły po prostu wycina. Tak, na żywca. Potem wsadza się je do malutkich klatek i sprzedaje na Indonezyjskich targach za 20 dolarów... Z innego źródła wyczytałam, że np. w Kambodży chodziły za cenę od jednego dolara do sześciu, a w Wietnamie za około 15 dolarów. Z kolei, dalej, już w Japonii gdzie miały stać się wyjątkowymi zwierzątkami domowymi, ludzie płacili za nie nawet 6 000 dolarów. Gatunek ten jest również popularnym zwierzęciem eksportowym do Rosji. Jak więc sam/sama widzisz, ceny są różne i stworzone tak, aby pasowały po prostu do portfeli danych odbiorów, danej grupy docelowej. No i domyślasz się tutaj już pewnie, że kłusownicy z biednych krajów wolą wejść w ten nielegalny biznes i sprzedawać je po prostu na szerszą skalę.

Zobacz filmik, o którym wcześniej wspomniałam, albo wpisz sobie w Google takie hasło jak „loris illegal trade” lub coś takiego. No masakra.

A, nie wspomniałam jeszcze, że ich części ciała mogą być też sprzedawane po prostu jako breloczki.

Jaaa nie mam zdjęcia, jakiego selfie z lori na ramieniu, ale mam nagranie, na którym wychodzi z kryjówki. No miałam nieziemskiego farta, że mogłam obserwować jego naturalne odruchy i zachowanie. Po prostu wyszedł, dosłownie na moment i to podczas dnia w ogóle ze swojego takiego domku – takiej kryjóweczki, która znajdowała się na drzewie, w wolierze. Ja wtedy szybko i, no starałam się cicho, sprzątać jego wybieg! Szkoda tylko, że właśnie widziałam go w warunkach zamkniętych, ale no musiał dojść do siebie. I tutaj właśnie jego historia - jego właściciele przyjechali z nim do szpitala w ośrodku Wildlife Friends Foundation Thailand i okazało się, że ma on metaboliczną chorobę kości. Ludzie mieli go raptem cztery miesiące w swoim domu, a jego zdolność do poruszania się i wspinaczki już znacznie uległa pogorszeniu. Jeszcze inny osobnik trafił do ośrodka jak został „znaleziony” w okolicy plaży Chaweng na wyspie Koh Samui. Znowu nie wiem czy dobrze to wypowiedziałam – nazwa będzie w opisie napisana…

W opisie napisana? Wracając… obszar ten jest intensywnie użytkowany przez turystów i przez ludzi, którzy wykorzystują nielegalnie dzikie zwierzęta jako rekwizyty fotograficzne. No i zęby tego malucha zostały wyrwane i miał też źle zrośnięty nadgarstek (kiedyś był pewnie złamany). A no i to zwierze miało też pełno pasożytów, tak. To co mówiłam wcześniej, że najprawdopodobniej dzięki tej substancji, którą wytwarzają one się chronią przed tymi pasożytami, a tutaj odebrano mu tą zdolność. Mega chujowo, że ludzie modyfikują w okropny i drastyczny sposób ciała wielu zwierząt, dla po prostu pieniędzy.

Może zdążę jeszcze kiedyś zobaczyć lori na wolności, lub chociaż jego jedną łapkę, która gdzieś tam zaraz zniknie chowając się przede mną. No, to by było naprawdę wyjątkowe, to by było fajne.

Okej, ostatnie już zwierzę, ale jakże pocieszne - wyderka orientalna. Zwierzątka te też są baaaardzo często wykorzystywane w Tajlandii, jako właśnie petsy, jako takie domowe pupilki. Oczywiście są to zwiercone i stadne zwierzęta, a co za tym idzie - no prędzej czy później zaczynają, jak większość dzikich zwierząt sprawiać swoim właścicielom problemy i dawać się we znaki. Utrzymywanie ich w domach ma również wpływ na ich stan zdrowia, nierzadko pojawia się u nich otyłość, a wraz z nią wiadomo – inne choroby.

Właściciele jednej z wyderek, które trafiły do ośrodka – Toro, nie spodziewali się, że będzie on wymagał jakiejś specjalistycznej opieki i, że będzie raczej głośnym i… no śmierdzącym pupilem.

Muszę wspomnieć, jeszcze jak najszybciej, że wyderki orientalne są obecnie wymienione jako narażone na wyginięcie. Co sprawia, że zwierzęta te giną? No głównie to właśnie utrata siedlisk, czyli niszczenie i zanieczyszczanie a także coraz większy już brak podmokłych terenów, strumieni i tym samym ich pożywienia – ryb, żab, krabów, raków i skorupiaków. No bo wyderki żyją oczywiście w środowisku wodnym, na bagnach i podmokłych, słodkowodnych terenach. Pozyskiwane są z naturalnego środowiska oczywiście na potrzeby handlu na straganach z „domowymi zwierzątkami”, ale też i dla futra.

I tutaj ciekawostka – to najmniejsza wydra na świecie. Ma niecały metr długości, licząc od nosa do końca ogona i waży maksimum jakieś 5 kg. To w sumie jak Mailo, jak mój kitke.

Wyderki orientalne żyją w rodzinach, w wielopokoleniowych grupach. Jedynie para alfa może się rozmnażać, a jej poprzednie potomstwo pomaga w wychowaniu młodych. Członkowie grupy komunikują się za pomocą – to jest niesamowite - 12 lub nawet i więcej różnych odgłosów, służących do np. przywitania się, nawiązania kontaktu, wezwania jakiegoś danego osobnika, a także wszczęcia sygnału alarmowego. To bardzo stadne i społeczne zwierzaki. Widziałam niestety wydrę w ośrodku, która no była w tamtym czasie na kwarantannie i okropnie cierpiała z powodu samotności. Wciąż zaczepiała ludzi – tylko te istoty znała, bo utrzymywana była właśnie jako zwierzę domowe przez dotychczasowe całe swoje życie. To bardzo smutny widok, naprawdę... Na dodatek wyderka była gruba bo jadła… uwaga. Kocią karmę. Fotki na dole, pod podcastem. Na szczęście zaraz po kwarantannie wyderki w ośrodku WFFT lądują na takim wielkim wybiegu, gdzie żyją sobie w koloniach i mają tam do dyspozycji prawdziwy Aquapark. Nagranie z wybiegu wstawię na dole, w opisie podcastu bo serio fajnie to wygląda.

Jeszcze kilka smutnych faktów, na koniec - w latach 2016 i 2017 zanotowano przynajmniej 711 młodych osobników, które były oferowane i wystawiane na sprzedaży za pośrednictwem Internetu, przez 280 handlowców w Indonezji, Tajlandii, Malezji i Wietnamie.

Okej… patrzę na moje notatki i tak sobie myślę, że to chyba tyle na dziś. Daliśmy radę! Przebrnęliśmy przez to. Ale pamiętaj, że to tylko niektóre przykłady! Tego cholerstwa jest o wiele, wiele więcej i na całym świecie…

I teraz w sumie możesz w tym momencie zastanawiać się dlaczego nie wspomniałam tutaj o słoniach. Tak, one oczywiście w ośrodku też były, jak ja odbywałam wolontariat to było ich chyba ze 25. No i nie opowiadałam o nich w tym podcaście, ponieważ stwierdziłam, że opowiem o nich kolejnym razem. Ta treść będzie poświęcona już tylko i wyłącznie słoniom w Tajlandii. Pisałam moją pracę magisterską z tej tematyki i właśnie z obserwacji, które poczyniłam w ośrodku WFFT więc mam nadzieję, że spodoba Ci się. Mam nadzieje, że ukaże się jakoś w formie podcastu, albo artykułu… Nie, myślę, że chyba bardziej podcastu! Jakoś za kilka tygodni. Także oczekuj tego.

Dzięki, że z nami jesteś, byłeś, byłaś! Do zobaczenia na Facebooku i Instagramie! Do potem! Pa!

© 2023 by Going Places. Proudly created with Wix.com