Szukaj
  • Sylwia

Wyspy Gibonów

W 2019 roku Tajlandię odwiedziło około 40 milionów zagranicznych turystów. Ludzie z całego świata (naprawdę z całego – od Chin, po USA) licznie i chętnie odwiedzają to miejsce.

Nic dziwnego – jest tanie, niezwykle urodziwe i takie egzotyczne...


Z kolei gibony (rodzina - Hylobatidae) to krytycznie zagrożone wyginięciem zwierzęta. Uważa się, że są to najbardziej zagrożone małpy człekokształtne na świecie.

Przykład? Proszę bardzo. Gibon białoręki (Hylobates lar) jest wymieniony jako zagrożony (EN) na Czerwonej liście zagrożonych gatunków IUCN i uważa się, że w ciągu ostatnich trzech pokoleń (około 45 lat wstecz od 2020 roku) jego populacja gwałtownie spadła o ponad 50%.


Co ma jedno do drugiego?

W celu zaspokojenia potrzeb turystyki uprawianej w Tajlandii zachodzi wiele zmian w środowisku. Tą, która najdotkliwiej przyczynia się do wymierania, właśnie między innymi gibonów, jest fragmentacja i niszczenie naturalnych siedlisk dzikich zwierząt - wycinka lasów, powiększanie terenów rolnych, budowa dróg i szeroko pojęte rozprzestrzenianie się ludzi na (jeszcze do niedawna dzikich) połaciach.

Oczywiście jest to ostatnimi czasy powszechny problem, nie tylko Tajlandii – cierpi na niego większość świata.


Parę słów o gibonach

Gibony to naczelne, które w charakterystyczny sposób przemieszczają się. Żyją w koronach drzew, a na ląd schodzą bardzo rzadko. Co ciekawe, czasem podczas chodu mogą przypominać ludzi - chodząc na dwóch nogach z rękami po bokach ciała. Smaczku całemu obrazowi dodaje jeszcze fakt, że nie mają ogonów.




Słyszałeś/słyszałaś kiedyś takie słowo jak brachiacja?

To właśnie określenie na sposób poruszania się, np. gibonów. Wiszą na drzewie, trzymając się gałęzi swoimi dłuższymi od nóg rękami. Po rozhuśtaniu ciała, wykonują odpowiedni skok na drugą gałąź, którą łapią rękoma i zwisają na niej. Mogą też przemieszczać się między gałęziami w pozycji zwisu, po prostu łapiąc znajdującą się najbliżej, kolejną gałąź. Właśnie w taki sposób gibon przemieszcza się w koronach drzew.

Gibony naturalnie występują w Tajlandii, ale też i w innych krajach położonych w tej części świata, w Azji. Ich domem były tereny od Indii przez południowe Chiny, aż do Nowej Gwinei.


Gibony jak wcześniej powiedziałam, żyją na drzewach, a więc jedzą głównie to, co na nich znajdą. Są to owoce, ale też i chodzące po korze owady, przysiadujące na gałęziach lub czekające w gnieździe na rodziców ptaki, złożone w gnieździe jajka, budujące swoje pajęczyny między liśćmi pająki i wspinające się po pniu gady.


Co ciekawe! Gibony są monogamiczne i żyją w grupach rodzinnych (tata, mama i potomstwo). Ciąża trwa długo, bo aż 6-7 miesięcy. Samica rodzi tylko jedno młode, którym opiekuje się około 6 lat. Potrzeba więc naprawdę sporo czasu, zanim powstanie nowe pokolenie gibonów.

Potrzeba naprawdę sporo czasu, aby ich populacja się odrodziła.

Na wolności, jeśli nie spotka je nic tragicznego, dożywają około 30 lat.


Kto jest dla nich największym zagrożeniem?

Ok, możemy mówić, że lamparty, drapieżne ptaki czy węże. Tak, to naturalni wrogowie tych małp. To cykl życia, to w pełni naturalne. Niestety, świat wyszedł poza "normalność". Ostatecznie więc ten niechlubny tytuł nadaję człowiekowi. Człowiekowi i jego zachciankom.

Jak wspomniałam wcześniej fragmentacja środowiska, przekształcanie lasów na tereny rolne, budowa hoteli i innych atrakcji turystycznych, a także nowych domów... to tylko główne "tematy" - jest ich więcej.

W pogoni za pieniędzmi i coraz większymi potrzebami ludzi wycinane są tajskie lasy, a ich mieszkańcy wyłapywani. O tym po co i dlaczego jeszcze zaraz sobie powiemy.


Dramatyczne zmiany zaszły w ciągu ostatnich 30 lat. Wiedzą o tym przyrodnicy i politycy, jednak chęć zysku jest zdecydowanie silniejsza od apeli organizacji ekologicznych. Najgroźniejszą przyczyną tej całej zaburzonej równowagi jest turystyka, dzięki której Tajowie mają zapewnione źródło dochodu. Dzięki zagranicznym turystom, a raczej ich pieniądzom, ludzie stają się choć trochę bogatsi, za to małpy nie maja gdzie się ukryć, co jeść, gdzie mieszkać, o utracie godności już nie wspominając.


Dobra, wróćmy do tego po co gibony są wyłapywane z ich naturalnych siedlisk.

Po pierwsze - w celach konsumpcyjnych. Serio. To egzotyczna potrawa, na którą możesz natknąć się w Wietnamie, Laosie czy Chinach.

Po drugie - jako składnik leków chińskiej medycyny. Im rzadsze zwierzę, tym wartość leku jest, rzecz jasna, większa.

No i po trzecie - nie jest rzadkim fakt, że podczas wycieczek po egzotycznych krajach możesz natknąć się na pamiątki z dzikich zwierząt. Mogą to być zarówno przedmioty jak i różnego rodzaju "atrakcje", np. zdjęcia z małpką. Małpka nierzadko jest naćpana substancjami narkotyzującymi. Wiecie - żeby nie ugryzła. Gibony mają pokaźne zęby.

Może słyszałeś/słyszałaś kiedyś już o świątyniach tygrysów? No. To działa na tej samej zasadzie.


Jest to skrajnie bezmyślne, ponieważ gibony (jak i inne małpy) mogą przenosić na ludzi różne choroby. My na nie również. Przykładem może tu być wirus zapalenia wątroby typu B czy opryszczka. Ryzyko jest naprawdę spore. Przecież takie "atrakcje turystyczne" nie są pod stałą opieką weterynaryjną i nie są poddawane cyklicznym badaniom kontrolnym...


Kupując tego typu "pamiątki", ludzie przyczyniają się do degradacji lokalnego życia naturalnego. Narażają się także na kłopoty w czasie przekraczania granicy. Przecież lokalny handlarz nie powie Ci, że kupowanie u niego naszyjnika z zębów rekina jest bez sensu bo i tak nie zabierzesz go ze sobą do domu. Więcej o tym opowiem Ci niedługo w jednym z moich filmików na YouTube - ukaże się on już w tym miesiącu.


Ale hej! Chcę tu podkreślić jeszcze jedną bardzo ważną rzecz. To nie jest tak, że Tajowie to barbarzyńcy i najgorsi ludzie na świecie. Zastanówmy się. Czy my jesteśmy lepsi? Budujemy nowe drogi i przecinamy odwieczne ścieżki, wydeptane przez zwierzęta. Nie są to słonie, jak w przypadku Tajlandii, ale rysie. Nasze polskie ryśki. Przez tego typu działania lądują one pod kołami aut, nie mają jak się rozmnażać, wędrować, a przez hałas maszyn niechętnie chcą wychowywać tu młode i ostatecznie wynoszą się w ogóle z naszych lasów.

Śmiecimy, a potem dławią się tym zwierzęta.

Rozprzestrzeniamy się coraz bardziej, a potem płaczemy, że dziki buszują nam w śmieciach.

No, i też mamy pierdolca na punkcie trzymania dzikich zwierząt w domu. Kto by nie chciał małpki w salonie?


O właśnie. Skoro już o tym mowa.

Gdy kłusownicy zabiją już dorosłe gibony i zabiorą ich cenne ciała, chętnie zostawiają młode przy życiu. Zwłaszcza niedawno urodzone osobniki - kosztują majątek na czarnym rynku. W tym miejscu odsyłam Cię do opowieści o Złych Małpach, gdzie dowiesz się więcej o tym procederze.


No dobra, weź już powiedz co to są te Wyspy Gibonów.

Wiemy już, że gibony żyją na drzewach. Żerują tam, wychowują młode, bawią się i eksplorują teren. To ich dom i naturalne środowisko. Nawet spijają wodę z liści lub kwiatów. Niechętnie zbliżają się do wody na dole... Nie potrafią pływać i boją się jej - a raczej tego co w niej może na nie czyhać.

Waran nagrany przeze mnie tuż przy jednej z Wysp Gibonów. Wybacz za moją epileptyczną rękę, ale musiałam użyć sporego zooma, aby uchwycić to cudo - no i nie miałam wolnej drugiej ręki, aby stabilnie przytrzymać aparat... Niemniej jednak widać w wodzie małego potwora!


Dlatego w ośrodku powstały idealnie odpowiadające tym potrzebom Wyspy Gibonów.

W ośrodku jest ich kilkanaście, niektóre znajdują się nawet na wielkich wybiegach dla słoni, o których kiedyś jeszcze Ci opowiem.

"A komu to potrzebne? A dlaczego?" (jak mówi stary klasyk)

Na wyspach gibony uczą się życia na nowo. Umiejscawiane są tam w parach i mają do dyspozycji zalesiony teren, wyspę na około której znajduje się woda (coś jakby "fosa"). Mogą skakać po drzewach, spać, chować się, rozmnażać, wokalizować i żerować. Gibony są tam w stanie przejawiać odpowiedni dla swojego gatunku behawior - zachowywać się tak, jak w naturze! To niezwykłe, bardzo cenne lekcje, ponieważ dzięki temu etapowi, w przyszłości będą w stanie żyć całkowicie dziko. Możemy więc powiedzieć, że wyspy to takie miejsca, które przygotować mają gibony do wypuszczenia w środku lasu. Sama wyspa jest jednym, wielkim wzbogaceniem środowiskowym.

Gibony początkowo są na wyspie dokarmiane, a z czasem coraz częściej jedzą już tylko to co znajdą na niej same. W ten sposób przyzwyczaja się je do samodzielnego pozyskiwania pokarmu. Gibony przebywające w ośrodku bardzo szybko tego się uczą. Zanim jednak osiągną perfekcję w tym temacie podaje się im niewielkie ilości jedzenia. Oczywiście bez kontaktowo! Chcemy przecież, aby miały jak najmniejszą styczność z ludźmi. Jak to zatem zrobić?

Pokarm transportowany jest na wyspę za pomocą łódki. Opiekun podpływa do boi, która znajduje się przy brzegu. Przywiązana jest do niej lina połączona z koszem znajdującym się na drzewie. Opiekun ściąga kosz, wkłada do niego co tam potrzebne i odwiesza go z powrotem. Zobacz ten mechanizm na nagraniu.

Gibony przebywające na wyspach zachowują się jak dzikie i nie mają żadnych dolegliwości fizycznych, ani psychicznych. Co więcej - rozmnażają się, a to zdecydowanie świadczy o tym, że miejsce im się podoba i czują się tam bezpiecznie. No, na tyle żeby chcieć wychować potomstwo. Wyspy umiejscowione są od siebie dosyć daleko więc różne rodziny nie widzą się wzajemnie. Dodatkowo poprzez gęstość lasów zapewnia się im osobistą przestrzeń.

Źródło zdjęcia: https://www.wfft.org/primates/miracle-life-island-10-project-4/


Wyspy gibonów są mi szczególnie bliskie, ponieważ mój domek (mój i moich 2 współlokatorek) położony był bardzo blisko jednej z nich. Dosłownie po drugiej stronie drogi, położonej przy jeziorze z wyspą. Na poniższym nagraniu idę właśnie tą drogą.

Ich śpiewy - nie do zapomnienia.

Odgłosy jakimi raczyły mnie w nocy - nie do zaśnięcia.

Dzięki Wyspom Gibonów uruchamiane są częste programy badawcze nad behawiorem gibonów. Miejsca te dają przyrodnikom wyjątkową okazję do studiowania naturalnych zachowań tych małp człekokształtnych, które wcześniej żyły w niewoli. Mogłam godzinami obserwować je i analizować ich zachowanie.


Zanim jednak gibony trafią na wyspy muszą przejść oczywiście cały proces leczenia i kwarantanny. Nie każdy osobnik kwalifikuje się do wysłania w dzikość. Niektóre były tak długo z człowiekiem, albo mają takie urazy fizyczne, że nie poradziłyby sobie na wyspach. Resztę życia spędzą w ośrodku, w obszernych wolierach, które umożliwiają im skakanie, posiadają wewnątrz gałęzie i kawałki drzew oraz są położone wysoko nad ziemią. Pokarm podaje im się również poprzez kosze i liny.

Jest jeszcze jedno miejsce w ośrodku fundacji Wildlife Friends Foundation Thailand, które zamieszkują gibony. Jest to proces pośredni pomiędzy małą klatką, a Wyspami Gibonów. To 15 hektarowy las, w którym jest miejsce nawet dla 50 osobników. Stopniowo mogą się tam klimatyzować i przyzwyczajać do dziczy. Ludzie rzadko tu zaglądają - ja zrobiłam wyjątek w celu nakręcenia tych materiałów. Spójrzcie jak reagują na moją obecność. To opuszczone przez ludzi miejsce, naturalne środowisko, zarezerwowane tylko dla dzikich zwierząt.

Las posiada bezpieczne ogrodzenie. W klatkach znajdujących się na wysokich podestach i umieszczonych pomiędzy gałęziami drzew znajdują się oczywiście gibony. Na ziemi zaś jelenie (widać je na końcu poniższego nagrania, w tle), dziki, balizaury obrożne czy warany.

Przez to, że woliery znajdują się na wysokich podestach gibony nie mają dostępu do ziemi. Dlaczego?

Zachęca się je w ten sposób do naturalnych zachowań i pozostania na górze, wśród drzew. Większość z tych małp spędziła wiele lat w zupełnie innych, nieodpowiadających ich potrzebom i naturze warunkach... Zagroda ma dużo miejsca by promować w nich odpowiednie zachowania. Często są to pierwsze doświadczenia uratowanych gibonów z lasem, naturalnym pożywieniem i samym stylem życia na drzewach. Przygotowuje się dla nich też wzbogacenia środowiskowe, np. w postaci pożywienia zawiniętego w liście!


Poznaj kilka gibonów z ośrodka

Gibony zamieszkujące ośrodek to niestety w znaczniej mierze byłe zabawki. Przepraszam za to wyrażenie, sama nie lubię tak nazywać zwierząt. Nie mam jednak pomysłu na inne określenie. Ta definicja idealnie psuje do tego o czym zaraz Ci opowiem.

Poznaj gibona uratowanego we wrześniu 2017 roku.

Południowa Tajlandia. Po 12 (powtórzę - dwu-na-stu) latach spędzonych samotnie w klatce, w końcu zjawił się ratunek. King to gibon białoręki (Hylobates lar), którego matkę pozbawiono życia, gdy był jeszcze bardzo mały. On zaś został sprzedany do miejsca, w którym zabawiał turystów. Służył jako rekwizyt do fotografowania.

Po kilku latach spędzonych w niewoli zaczął bywać agresywny. Pojawiało się coraz więcej niebezpiecznych sytuacji, aż w końcu zdecydowano się nie dopuszczać go do ludzi. King był często bity za swoje zachowanie.

King całe swoje życie spędził w klatce z betonową podłogą, o powierzchni 1m2. Nie była w jakikolwiek sposób zadaszona ani chroniąca małpę przed warunkami atmosferycznymi. Wspinanie się, interakcje społeczne, legowisko - były to pojęcia fikcyjne.

King posiada widoczne urazy spowodowane przez bicie - szczególnie na głowie.

Zła dieta (głównie podawano mu ryż) doprowadziła do bardzo złego fizycznego stanu zwierzęcia. Gibon wyglądał słabo, jego kości i mięśnie były wiotkie, a zęby bardzo zniszczone. Na szczęście ośrodek stwierdził (po oględzinach osobnika), że ma on jeszcze szansę zacząć "żyć jak prawdziwy gibon". To wszystko wymagało jednak odpowiedniego miejsca i pieniędzy, wiedzy i doświadczenia weterynarzy oraz cierpliwości i delikatności opiekunów.

Źródło zdjęcia: https://www.wfft.org/primates/sad-souls-empty-eyes/


Idźmy dalej.

Czas na historię kolejnego gibona.

Abell to obecnie 9-letni gibon białoręki (Hylobates Lar). Czy zdziwię Cię jeśli powiem, że ona także była ofiarą nielegalnego handlu dzikimi gatunkami zwierząt?

Gdy miała sześć lat (sierpień 2017 roku) została odebrana swoim właścicielom i trafiła do ośrodka fundacji WFFT. Przez całe swoje wcześniejsze życie była trzymana jako zwierzę domowe u jednej rodziny z Bangkoku. No i podobnie jak w poprzedniej historii... Zaczęła być coraz bardziej agresywna, mniej podatna na uwagi właścicieli i zupełnie już niepodobna do ludzkiego dziecka (pamiętasz, pisałam wcześniej - gibony zostają z matką właśnie około swoich pierwszych sześciu lat życia). Gryzła właściciela i wtedy... wtedy właśnie

fundacja otrzymała telefon w sprawie pomocy.

Źródło zdjęcia: https://www.wfft.org/primates/gibbon-rescued-meet-abell/


Kolejny!

Thong to gibon białopoliczkowy (Nomascus leucogenys) (inny - tamte były białorękie. Wiem, wiem - idzie się pogubić). Gdy była jeszcze niemowlęciem została zakupiona na Chatuchak Weekend Market, w Bangkoku. To miejsce znane z nielegalnego handlu dziką fauną i florą.

Wyobraź sobie, że jej właściciele sami skontaktowali się z WFFT i poprosili ekipę o pomoc.

Thong mieszkała w małej "klatce" wypełnionej plastikowymi butelkami, śmieciami i gnijącym jedzeniem. Thong spędziła 10 lat w tym miejscu, karmiona przekąskami. Dostawała je wraz z opakowaniami - stąd większość śmieci. Zarówno na nich spała, jak i wypróżniała się. Miejsce posiadało trzy małe dziury w "ogrodzeniu" przez które Thong mogła wyciągnąć głowę i spojrzeć na świat. To coś nie miało nawet drzwi, przez które można by było ją wyciągnąć, co było nie lada wyzwaniem dla teamu ratowniczego WFFT.

Nic dziwnego, że Thong uciekała z tego miejsca, aż 5 razy. W sumie to tylko 5 razy. Podczas "wypadów w miasto" atakowała i raniła ludzi. Jej właściciele pomyśleli - "HM. CHYBA W TAKIM RAZIE COŚ JEST NIE TAK". No w końcu, brawo!

Thong była tak rozemocjonowana podczas akcji ratowniczej, że musiała zostać poddana środowi uspokajającemu - oczywiście podał go weterynarz.

Źródło zdjęć: https://www.wfft.org/primates/thongs-ten-years-in-a-trash-filled-shack-is-over/

No i ciekawostka! Ten krytycznie zagrożony gatunek gibona występuje tylko i wyłącznie w Laosie i Wietnamie, w dodatku w bardzo rozbitych populacjach. Skąd wziął się w Tajlandii?

He he, przemycony! Niestety, gatunki obce są w Tajlandii objęte minimalną ochroną na mocy tajskiego prawa. Handel wewnątrz kraju nie jest dokładnie regulowany.


Ostatni dzisiejszy przykład to Jub Jib, obecnie 18-letni gibon białoręki (Hylobates lar). Przybyła do ośrodka w maju 2017 roku. Dziewczyna mieszkała wraz z rodziną (mówię tu o jej prawdziwej rodzinie - gibonach) w Parku Narodowym Kaeng Krachan, w Tajlandii. Jest on częścią jednego z największych, nienaruszonych odcinków, wiecznie zielonego, tropikalnego lasu w kontynentalnej części Azji Południowo-Wschodniej. Obszar ten tworzy naturalną granicę między Tajlandią, a Birmą.

Podczas walki między siłami zbrojnymi tych dwóch państw zastrzelono gibona. To była matka Jub Jib.

Dorosła samica spadła na ziemię z szacowanej wysokości około 30 metrów i uderzyła o ziemię. Nie była jednak sama. Przylegała do niej mała małpka, która została ranna. Na głowie Jub Jib znajdowały się ciężkie obrażenia. Potem okazało się, że w wyniku obrażeń cierpiała też na epilepsję.


Została przekazana parze, która już wcześniej podobno zajmowała się gibonem. Stwierdzono, że to odpowiedni wybór. No, nie do końca. Gibon spędził 15 lat w domu, traktowany jak ludzkie dziecko. Karmiona była ludzkim jedzeniem i zmuszana do ciągłego noszenia pieluch, aby nie zrobić bałaganu.


W dniu przejęcia Jub Jib była wychudzona, flegmatyczna, przygaszona i otumaniona.

I wiecie co? Jej właściciele powiedzieli, że podali jej mocne tabletki nasenne " z poza rynku”, aby pomóc jej zrelaksować się przed podróżą do ośrodka WFFT. Zapewnili również, że gdy efekty uboczne specyfiku przestaną działać będzie wyglądać jak zdrowy gibon, wspinać się i spacerować.

Minęły dwa dni. W szpitalu WFFT zaczęto dokładne oględziny stanu zwierzęcia. Dziewczyna ledwo co wyszła z klatki. W jej wieku (wtedy miała 15 lat) powinna być ona w świetnej formie i sile wieku. Tymczasem wyglądała jak staruszka. Niedożywiona przez złą dietę, pozbawiona możliwości ruchu i światła słonecznego... - nie była w stanie nawet chwycić gałęzi rękami. Musiała być karmiona ręcznie, dopóki nie odzyskała sił.

Jub Jib przerażało chodzenie po trawie czy żwirze, ale swobodnie już przemieszczała się po betonie. To, w jaki sposób spędziła swoje pierwsze dni na dworze wyraźnie wskazywało na to, że były to jej pierwsze doświadczenia z naturą.

Według fundacji to jeden z "Najbardziej wstrząsających przypadków okrucieństwa wobec zwierząt, spowodowany błędnym osądem. Ktoś kto twierdził, że kocha tego gibona tak naprawdę powoli go zabijał.".

Co więcej. Właściciele przez lata podawali jej ludzkie leki przeciwdepresyjne z chlorowodorkiem amitryptyliny. Tłumaczyli to chęcią wyleczenia padaczki. Dziewczyna stale odczuwała skutki uboczne przyjmowania tego leku. W szpitalu stwierdzono, że jest ona uzależniona od narkotyków, którymi była karmiona od lat. Natychmiastowe odstawienie mogłoby doprowadzić do poważnych problemów, więc odstawiano je stopniowo, pod pełną kontrolą weterynarzy.

Źródło zdjęcia: https://www.wfft.org/primates/sad-eyes-speak-words/

Uzależnić kogoś od narkotyków.

Być uzależnionym od narkotyków nie z własnej woli.

Nieźle, nie?

To jest naprawdę tylko kilka historii, które dzieją się każdego dnia, w naszym świecie. O tych konkretnych historiach wiemy, je udało nam się odkryć i chociaż trochę zmienić.

Ile jest tych nieodkrytych?

Komiks

Będąc w ośrodku kupiłam mały komiks. Nie wiem, coś mnie tknęło, coś w nim mi się spodobało. Stwierdziłam, że jest on idealny, aby pokazywać go innym. Zabierałam go więc ze sobą na spotkania w kawiarniach, podczas których opowiadałam słuchaczom o ośrodku i moim wolontariacie. Tobie też chciałabym go dziś pokazać. Możesz go pobrać TUTAJ i jeśli chcesz, także pokazać innym.

To historia o Henrym - gibonie, którego zabrano z jego naturalnego środowiska, a potem... A w sumie sam/sama zobacz! Komiks jest zrobiony super i SPOILER - dobrze się kończy. ;)


Jak sam/sama widzisz, fundacja Wildlife Friends Foundation Thailand stara się ratować dziką przyrodę, ale złych ludzi, tych naszych przysłowiowych "Złych Małp", o których pisałam poprzednio, jest sporo. W Tajlandii problem jest o tyle poważny, że pojawia się tu konflikt interesów - dobro natury oraz chęć nakarmienia swojej rodziny przez wielu Tajów.

Opowiem o tym szerzej kiedy indziej.


Okej, w Tajlandii o poszkodowane przez ludzką działalność gibony dba fundacja Wildlife Friends Foundation Thailand, a w innych miejscach na ziemi?


Projekt Anoulak zajmuje się długoterminową ochroną i badaniem dzikiej przyrody w naturalnych siedliskach w Laosie. Zespół prowadzi badania terenowe i poznaje behawior oraz sposób życia wielu rodzimych gatunków zwierząt. Obserwują ich wędrówki, określają zasięgi i poznają schematy zachowań - dzięki temu wszystkiemu są w stanie zaprojektować i wdrożyć odpowiednie środki ochrony.

Aby skutecznie ograniczać kłusownictwo, stowarzyszenie zatrudnia 24 wykwalifikowanych strażników, którzy codziennie patrolują lasy rezerwatu Nakai-Nam Theun. Obejmuje on 3 500 km2 i jest jednym z największych pozostałych obecnie przy życiu obszarów leśnych na półwyspie Indochińskim. Na jego terenie mieszka wiele rzadkich, endemicznych i bardzo zagrożonych gatunków roślin oraz zwierząt (gibon białopoliczkowy północny (nomascus leucogenys) czy gibon białopoliczkowy południowy (nomascus siki) ).

Projekt również sprawnie edukuje lokalną ludność w zakresie wiedzy o ochronie i stanie lokalnej, dzikiej przyrody. Stara się wychować następne pokolenia w pełni świadome obecnych problemów, a u osób dorosłych pobudzić dumę z posiadania wyjątkowej różnorodności biologicznej w kraju. I tym samym chęć do jej ochrony.

Z kolei projekt Kalaweit jest pionierskim projektem w zakresie ochrony gibonów w Indonezji. Priorytetem jest ratowanie gibonów nielegalnie przetrzymywanych w niewoli, ochrona lasów i tworzenie obszarów chronionych, a także podnoszenie świadomości wśród lokalnej ludności oraz władz.


Na temat każdej z powyższych organizacji (a jest ich na szczęście jeszcze więcej) można by utworzyć osobny wpis. Projekty tworzą wiele badań i raportów. Reprezentują pełną mobilizację do poprawy jakości naturalnych terenów i ochrony gibonów. Zachęcam Cię do odwiedzenia ich stron i poszerzenia wiedzy.

Ja i Wyspa Gibonów w tle!

Odwiedź moje media społecznościowe! Zostaw komentarz, a jeśli treść Ci się spodobała - udostępnij post.

Chcesz mieć realny wpływ na rozwój projektu Bliżej Zwierząt? Zajrzyj na Patronite!


A!

No i pamiętaj, że jeśli klikniesz TUTAJ i zapiszesz się do dzikiego newslettera, będę na bieżąco informować Cię (wysyłając ładnego graficznie maila <3) o wszystkich nowych treściach publikowanych przeze mnie - czy to artykuł lub podcast na stronie, czy filmik na YouTubie - wszystko, wszystko!

Do potem!

Zwierzęta i Podróże

Jesteś spragniony większej wiedzy? Wejdź na Patronite projektu, gdzie publikuję wyjątkowe treści - dostępne tylko dla moich Patronów!

Wolisz coś pooglądać? Zajrzyj na mój kanał. :)

© 2023 by Going Places. Proudly created with Wix.com