Wolisz coś pooglądać? Zajrzyj na mój kanał. :)

Jesteś spragniony większej wiedzy? Wejdź na Patronite projektu, gdzie publikuję wyjątkowe treści - dostępne tylko dla moich Patronów!

Słuchaj na Spotify

Dziś pomówimy sobie o prawach i godności zwierząt w Tajlandii. Zagłębimy się w ustawy, które mówią o ich dobrostanie, w przykłady naprawdę złych "atrakcji turystycznych" i wyjaśnimy sobie dlaczego w ogóle utrzymywanie w taki sposób dzikich zwierząt dla rozrywki jest, no słabe...


Podaję linki, o których mówiłam w podcaście:
Film Cenniejsze niż złoto
Phajaan i "wychowanie" słonia

Nazwa klasztoru z tygrysami obok Bangkoku - Wat Pa Luangta Bua Yannasampanno
Stereotypie u tygrysa
Artykuły "Złe Małpy" czy "Wyspy Gibonów" znajdziesz w czytelni
Komunikat na Instagramie

Literatura, czyli skąd wzięłam informacje i gdzie Ty możesz znaleźć więcej szczegółów:
https://czasopisma.uni.lodz.pl/tourism/article/view/7770/7539
https://www.aaacoth.com/2015/legal-news/thailand-passes-new-animal-rights-legislation/
https://journals.plos.org/plosone/article?id=10.1371/journal.pone.0138939
https://www.bangkokpost.com/life/social-and-lifestyle/1562990/the-truth-about-cats-and-dogs
https://time.com/2965190/burma-myanmar-thailand-elephants-trafficked-tortured-tourism/
https://www.unodc.org/documents/southeastasiaandpacific/Publications/2017/Thai_Assessment_13_16_May_2017.pdf
https://uk.practicallaw.thomsonreuters.com/3-602-5267?transitionType=Default&contextData=(sc.Default)&firstPage=true&bhcp=1
https://www.straitstimes.com/asia/thailand-introduces-new-laws-to-tackle-animal-cruelty

Do potem!

​​​Transkrypt:

Intro: Cześć! Mam na imię Sylwia i prowadzę projekt Bliżej Zwierząt, który ma na celu pomoc Ci zrozumieć dziki świat! Witaj w Dzikim Podcastcie, w którym opowiadam, wyjaśniam i dyskutuję na tematy związane z dziką przyrodą i jej mieszkańcami. Jeśli chcesz stać się bardziej świadomym świata, który Cię otacza - to dobre miejsce. Razem ze mną poznawaj go, odkrywaj i zachwycaj się nim. Więcej treści znajdziesz też na stronie www.blizejzwierząt.com Dzięki, że z nami jesteś – jedziemy!

Cześć!

Dziś pomówimy sobie o prawach i godności zwierząt w Tajlandii. Zagłębimy się w ustawy, które mówią o ich dobrostanie, w przykłady naprawdę złych "atrakcji turystycznych" i wyjaśnimy sobie dlaczego w ogóle utrzymywanie w taki sposób dzikich zwierząt, dla rozrywki jest, no lekko mówiąc - słabe.

Badacze szacują, że w przemyśle turystycznym wykorzystywanych jest od 230 tysięcy do 550 tysięcy zwierząt, które cierpią z tego powodu, czyli ich poziom dobrostanu jest niski, a bezpieczeństwo i stan zdrowia pozostawia wiele do życzenia. Dla porównania -  jedynie od 1,5 tysiąca do 13 tysięcy zwierząt przetrzymywanych w tych samych, szeroko rozumianych celach turystycznych, ma zapewnione odpowiednie warunki.

Co ciekawe badacze przeanalizowali także komentarze zamieszczone przez turystów na portalu TripAdvisor, dotyczące atrakcji turystycznych, w których wykorzystywane są zwierzęta. 80% podróżników nie dostrzegało problemu wykorzystywania zwierząt w celach rozrywkowych oraz nie zważało na ich stan.

Jak pewnie wiesz Tajlandia to kraj bogaty i różnorodny pod względem flory i fauny, ale niestety, od dłuższego czasu stał się, no jak wiele miejsc, krajem w którym ochrona przyrody wciąż walczy z rozwojem. Konflikt między człowiekiem, a dziką przyrodą jest tutaj widoczny gołym okiem. Tajlandia to też jeden z najpopularniejszych krajów dla turystów z całego świata. I nie przesadzę, jeśli powiem tutaj, że głównym dochodem dla wielu Tajów są właśnie portfele tych zagranicznych turystów. Sytuacja związana z pandemią w tym roku, w 2020, tylko to potwierdza. Bo jak wynika z szacunków centrum badawczego starty sięgają nawet 52,4 miliardy dolarów amerykańskich. Abyś miał/miała szerszy obraz całej tej sytuacji powiem jeszcze, że np. w 2019 roku Tajlandię odwiedziło 39,8 milionów zagranicznych turystów, a kraj zarobił na nich około 60 miliardów USD.

 

No ale, Tajlandia ma, oprócz swojej sławy, też dosyć słabą reputację, jeśli chodzi o dobrostan zwierząt. Istoty te często wykorzystywane są w celach zarobkowych, szczególnie podczas pokazów właśnie dla turystów. Do 27 grudnia 2014 roku Tajlandia nie miała przepisów, które bezpośrednio zajmowałyby się kwestią spraw i tego dobra zwierząt, z wyjątkiem jednego przepisu w kodeksie karnym, który mówił, że popełnienie ”aktu okrucieństwa” wobec zwierzęcia jest nielegalne i podlega karze do jednego miesiąca (tak, do jednego miesiąca!) więzienia i/lub grzywny w wysokości do 1 000 bahtów – czyli około 120 złotych (przelicznik na rok 2020). Niestety istniało też niewiele dowodów na to, aby przepisy te były w ogóle w jakikolwiek sposób egzekwowane. A no i posiadały też wiele luk, np. przepis ten nie opisywał, tak dokładnie co stanowi ten cały „akt okrucieństwa”.

 

Jak wspomniałam, w 2014 roku (a więc stosunkowo niedawno) powstały nowe przepisy – takie pierwsze, pierwsze, które dotyczą praw zwierząt i ich dobrostanu w Tajlandii. Te przepisy, w przeciwieństwie do poprzednich definiują okrucieństwo jako każde działanie, które powoduje fizyczne lub psychiczne tortury – czyli np. ból, chorobę, kalectwo i śmierć - w tym wykorzystywanie do rozrodu zwierzęcia niepełnosprawnego, chorego bądź starszego. Ustawa obejmuje wszystkie zwierzęta – mam tu na myśli pupile, te hodowlane i te wykorzystywane do pracy oraz rozrywki – gatunki zarówno dzikie, jak i te udomowione. Według nowych przepisów właściciele zobowiązani są też do odpowiedniego utrzymania swoich zwierząt, a ich transport musi być humanitarny, czyli nie doprowadzać do obrażeń czy śmierci zwierzęcia. Złamanie tych przepisów jest przestępstwem i podlega już większej karze – bo więzieniu do 2 lat i/lub grzywny do 40 000 bahtów, czyli jakiś niecałych 5 tysięcy złotych. Coraz inaczej patrzy się też na organizacje prozwierzęce, a te mają już chociaż jeden dokument, na którym mogą oprzeć swoje działania.

 

Tajskie Towarzystwo Zapobiegania Okrucieństwu Wobec Zwierząt przez 20 lat ciężko pracowało, aby wyegzekwować te przepisy. Prace nad nimi oczywiście wciąż trwają, no ustawa nie jest jeszcze idealna, ale zmierzająca już we właściwym kierunku. I to się liczy, choć niestety wprowadza też (jak na dzień dzisiejszy) wyjątki. Wciąż legalne są np. rytualne uboje zwierząt oraz lokalne zwyczaje i tradycje takie jak np. walki kogutów.

Tajlandia ma w ogóle, jak pewnie się domyślasz, ogromny problem z bezpańskimi zwierzętami. W 2007 roku było w tym kraju około, uwaga, 350 tysięcy bezpańskich psów i kotów! I teraz słuchaj dalej - przez 10 lat liczba ta wzrosła do 860 tysięcy. Według Departamentu Rozwoju Zwierząt, jeśli nie zostaną wdrożone żadne skuteczne działania „Tajlandia będzie miała, aż 2 miliony bezpańskich psów i kotów w 2027 roku i 5 milionów w 2037 roku”. A więc teraz ludzie, którzy porzucają swoje niechciane psy i koty mogą zostać oskarżeni o narażanie ich na niebezpieczeństwo. Ogólnie to coraz częściej zachęca się też ludzi do pomocy rannym lub niechcianym zwierzętom poprzez dostarczenie ich do odpowiednich stowarzyszeń pro zwierzęcych, a nie wyrzucanie ich, gdzie popadnie. No, mam nadzieję, że będzie powstawać coraz więcej tego typu organizacji w Tajlandii i zdołają one się oczywiście utrzymać oraz podołać temu problemowi.

Tam, gdzie odbywałam wolontariat, w ośrodku Wildlife Friends Foundation Thailand poznałam wspaniałych lokalsów. No seriooo. Opiekunowie zwierząt byli uśmiechnięci, życzliwi no i co najważniejsze bardzo troszczyli się o podopiecznych ośrodka. Niestety, no wiesz... To, że tam byli tacy ludzie, nie świadczy zaraz o tym, że wszyscy Tajowie są tak bardzo w porządku wobec zwierząt. Jak mówi jeden z rodzimych aktywistów prozwierzęcych (Tajlandczyk) - pomimo tego, że Tajlandia jest krajem buddyjskim, a ludzie przez to zazwyczaj są życzliwi i dobrzy, mają oni taką własną koncepcję dobrostanu zwierząt i postrzegają je poniekąd jako żywą własność lub obiekt, który ma być w pełni zależny od woli ludzi. Z własnością można robić co się chce i jest to dla nich w pełni naturalne. No i ludzie nie zdają sobie sprawy z tego co właściwie zalicza się już do okrucieństwa wobec zwierząt.

I nie. Nie będę tu mówić, że Tajowie mają odmienną wizję świata niż my, Europejczycy. Jeszcze rok temu pewnie bym tak powiedziała, ale dziś wstrzymam się z tego typu osądami. Tajowie nie rozumieją, że już samo odebranie małej małpki od jego matki i wychowywanie jej w samotności, w nienaturalnych dla niej warunkach już jest, samo w sobie, ogromnym okrucieństwem. A my, Europejczycy? Czy my to rozumiemy? Niestety, przekonałam się niedawno, że nie wszyscy...

No ale wracając do Tajlandii. Problem wykorzystywania i złego traktowania zwierząt jest tam po prostu mało zauważalny, ludzie nie przykładają do tego jakiejś większej wagi. W efekcie mieszkańcy nie reagują jak widzą swoich sąsiadów robiących krzywdę zwierzętom, policja nie interweniuje, a prokurator nie oskarża. Rozumiesz – no nikt się nie czepia, więc nie ma zgłoszeń i kar. Nara! Dlatego tak ważne jest zwracanie uwagi na ważne tematy. Trzeba w sposób jasny i głośny, ale też przypominam logiczny i uzasadniony, pokazywać swoje zdanie. Milcząc dajemy niejako przyzwolenie na rzeczy, które w ogóle nie powinny się wydarzyć. Ja wiem, wiem, że często Tobie się po prostu nie chce dyskutować. Ja to rozumiem, uwierz mi, zwłaszcza że większość dyskusji rzadko kiedy jest na jakimś zadowalającym poziomie. Ale polecam Ci edukację w tym temacie, ponieważ taka dyskusja wtedy jest o wiele prostsza.

Dobra, koniec godziny wychowawczej, wróćmy do Tajlandii! To co zaskakuje w tym kraju to również ilość chronionych zwierząt, zarejestrowanych jako „zwierzęta domowe”. Wyobraź sobie, że było ich ponad milion w 2003 roku. Ponad milion. To jakiś kosmos dla mnie! Oczywiście krajowy obrót zwierzętami, nawet tymi chronionymi przez Konwencję Waszyngtońską, czyli CITES – o tej konwencji nagrałam osobny film na YouTube, nazywa się „Cenniejsze niż złoto” - polecam sobie zerknąć… Jak mówiłam krajowy obrót zwierzętami chronionymi nie jest w Tajlandii ściśle, rzetelnie i tak surowo regulowany. Tajlandia oczywiście jest stroną CITES i nawet ratyfikowała konwencję wcześniej niż Polska, bo w 83 roku (dla przypomnienia Polska w 89). No, ale jak wiemy CITES mówi o handlu miedzy krajowym, wiec nie ma nic do gadania, tak naprawdę jeśli chodzi  handel wewnątrz jakiegoś państwa.

Upraszczając to co przed momentem powiedziałam – oznacza to, że jeśli dane, chronione konwencją zwierzęta zostaną już przemycone do Tajlandii, można nimi w tym kraju nawet dość jawnie handlować, a organy ścigania nie mają podstaw prawnych do interwencji. No cyrk! I właśnie między innymi przez taką lukę prawną zwierzęta (i to pochodzące z całego świata!) wykorzystywane są w Tajlandii na potęgę, głównie do głupich celów turystycznych i zarobkowych. Wystarczy je po prostu tylko przemycić przez granicę, banał!

W egzekwowaniu prawa nie pomaga też korupcja. To przecież główny czynnik, który ułatwia międzynarodowy przemyt. Bardzo wysoki zysk ze sprzedaży dzikich gatunków czy ich części umożliwia handlarzom zaproponowanie wysokiej opłaty, no i tym samym przekupienie urzędników, którzy często, jak się już pewnie domyślasz, dostają dość niskie wynagrodzenia. Aby lepiej nakreślić Ci tą całość powiem Ci, że Tajlandia w 2019 roku w Rankingu Korupcji zajmowała 101 miejsce na 180, gdzie zaznaczam - że im niżej sklasyfikowane są państwa, tym bardziej są one skorumpowane. No nieraz wychodziły tam na jaw różne skandale korupcyjne.

Podam może mój taki „ulubiony przykład”. W 2017 roku skontrolowano walizki dwóch kobiet na jednym lotnisku w Bangkoku. Przeszukanie potwierdziło obecność rogów nosorożców o łącznej wadze około 50 kg. I teraz słuchaj - pomimo eskortowania kobiet przez starszego prokuratora i dwóch policjantów, obu paniom udało się uciec z lotniska… Ta dam, czary mary! Na szczęście władze Tajlandii z tego co czytałam w wielu źródłach, stale pracują nad poprawą i egzekwowaniem tego typu zdarzeń. Trzymajmy kciuki za to żeby było coraz lepiej.

Przejdźmy teraz może do zdecydowanie jednej z najpopularniejszych atrakcji turystycznych w Tajlandii, czyli przejażdżki na słoniu.

No i powiem Ci, że niestety słonie często przemycane są do Tajlandii z Birmy. Obecnie w Tajlandii żyje około 6,5 tysiąca słoni, z czego około 2,5 tysiąca odłowiona jest właśnie z wolności. Nie znam dokładnych statystyk, ponieważ przemycone słonie (i inne zwierzęta również) często posiadają podrobione papiery, które mówią o ich rzekomym, legalnym pochodzeniu… Wiesz np. że urodziły się w niewoli, w specjalnej hodowli i zostały zakupione oczywiście z legalnego źródła.

„Wychowanie” takiego słonia, aby był on posłuszny, robił dziwne, nienaturalne sztuczki czy woził turystów na plecach nie jest wcale takie łatwe i podobne do socjalizacji psa czy kota. Małe słoniątka zabierane są od matki już we wczesnym dzieciństwie, w czasie w którym jeszcze zdecydowanie potrzebują jej opieki. Kolejno poddawane procesowi zwanemu phajaan, czyli „łamaniu ducha”. Więcej o tej praktyce opowiem Ci w osobnym materiale, na temat słoni w Tajlandii, jednak już teraz dodam, że to jest okropna technika, bardzo chora technika, nie wiem w ogóle jakim cudem ktoś mógł na to wpaść, która przysparza tym zwierzętom wiele cierpień i zmienia ich życie na zawsze. Raz i porządnie. Przedsmak tego o czym będę opowiadać Ci już za kilka tygodni, możesz zobaczyć sobie na nagraniu, do którego link podałam w opisie podcastu, tutaj na dole.

Jeszcze jedną popularną „atrakcją” w Tajlandii są tzw. „świątynie tygrysów”. Nie wiem czy słyszałaś/słyszałeś o nich już kiedyś, w każdym razie to takie miejsca, w których tygrysy słodko śpią na kolanach, można zrobić sobie z nimi selfie, pogłaskać je, nakarmić lub pospacerować na smyczy…. To jest prawdziwa kopalnia złota! Serio!

Przykładem takiego miejsca jest klasztor buddyjski, ale wybacz nie będę się tu kompromitować i próbować wypowiadać jego tajskiej nazwy. Zapisałam ją na dole, w opisie (Wat Pa Luangta Bua Yannasampanno). Ten klasztor znajduje się w Tajlandii, niedaleko Bangkoku, jakieś 160 km od tego miasta. No i wyobraź sobie, że jego roczne dochody (roczne!) szacowane były na 3 miliony dolarów. Dosyć nieźle, prawda? Do 2016 roku ten przybytek niedoli uchodził za miejsce, w którym mnisi żyją w zgodzie wraz z tygrysami. Potem oczywiście wyszło na jaw, że jednak rzeczywistość nie jest tak kolorowa i to wszystko jedna, wielka ściema. Duchowni zostali oskarżeni o znęcanie się nad tygrysami i odebrano im 147 tych zwierząt. Niestety w przeciągu kolejnych trzech lat 86 z nich zmarło.

Dlaczego? Jednym z powodów śmierci i słabej kondycji tych kotów mogły być, i najprawdopodobniej były, choroby genetyczne, którymi zostały one obciążone poprzez rozmnażanie blisko spokrewnionych ze sobą osobników. Chów wsobny nigdy nie sprzyja prawidłowemu rozwojowi. I uwaga - podczas przeszukiwania terenu klasztoru natrafiono też na zamrożone zwłoki kilkudziesięciu małych tygrysów. Mnisi nielegalnie rozmnażali te zwierzęta, w bardzo głupi, nieodpowiedzialny sposób, w celach oczywiście zarobkowych.

Tak, tak, te martwe tygrysy też im się przydawały (wiesz, mogły to być również osobniki np. niedorozwinięte lub te, które zmarły przy porodzie lub nieco później) - handel nimi to też gruby interes, ponieważ części ciała tych dużych, dzikich kotów wykorzystywane są w „tradycyjnej medycynie chińskiej”, a  mięso tygrysa to również przysmak kuchni chińskiej i wietnamskiej.

Tygrysy w tego typu miejscach przetrzymywane są w ciasnych klatkach, podaje się im nieodpowiednie pożywnie, nie mają zapewnionej stałej opieki weterynaryjnej, stosowana jest wobec nich przemoc, a aby biznes lepiej się kręcił odurzane są narkotykami. Sam/sama rozumiesz, przecież zdjęcie na Insta nie może być rozmazane tylko takie, jakie chce klient, no i dodatkowo bez oczywiście ryzyka ataku. A, no i podobno usuwa się tygrysom też często pazury.

Te zabawki dla turystów, te tygrysy nierzadko przywiązuje się do krótkiego łańcucha, przez co wykazują one stereotypie i anomalie behawioralne. Na nagraniu, które też podlinkowałam tutaj na dole, w opisie podcastu możesz zobaczyć jak tygrys chodzi w kółko, co jest zdecydowanie oznaką znacznego urazu jego zdrowia psychicznego. Spójrz, łańcuch jest tak krótki, że zwierze nie może nawet podnieść głowy. No, ku.wa dramat.

Nie tylko słonie i tygrysy stale pozbawiane są godności. W artykule „Złe Małpy” czy „Wyspy Gibonów”, które możesz znaleźć na www.blizejzwierzat.com przytaczam historie małp potraktowanych w równie nieludzki sposób. Zachęcam Cię do poczytania o tym na stronie.

Ludzie odwiedzający tego typu miejsca często nie mają pojęcia o zwierzętach, ich behawiorze i potrzebach. I to jest okropny błąd. Tego typu miejsca właśnie bazują na ogólnej niewiedzy ludzi, którym wmawia się (a potem to już sami w to wierzą, bo "kłamstwo powtarzane milion razy staje się przecież prawdą"), że zwierzętom jest „dobrze”, bo są „spokojne”, bo przecież „jakby im było źle, to zabiłyby tych ludzi, a one leżą, przymykają oczy i mruczą!”. Niestety prawda jest zupełnie inna. Kiedyś jeszcze na pewno powiemy sobie nieco więcej na temat behawioru, chociażby właśnie dużych kotów. Bo wiedza to klucz do niedania się nabierać na tego typu głupoty.

A no i dodam jeszcze tylko, tak a propos tych wcześniej wspomnianych tutaj narkotyków, że wiesz, w sumie mój sąsiad też jak da sobie w żyłę to leży cały dzień. „Spokojny i wyluzowany”!

Co należy więc zrobić jeśli chcemy wybrać się do jakiegoś miejsca, w którym są zwierzęta i można je tam podziwiać? Polecam wcześniejsze dokładne sprawdzenie takiej miejscówy. Poświęć tych kilka dni na dokładny research i później nie żałuj wydanych pieniędzy na wycieczkę. Naprawdę bez sensu przez lenistwo czy zwyczajną niechęć stać się łatwym, naiwnym klientem i dać się po prostu zrobić w bambuko. No bo taka jest prawda – po prostu dasz się oszukać i już.

W ośrodku WFFT poznałam masę zwierząt, które łączył ten sam, smutny los. Ich historiom (a jest ich wiele) poświęcę następny wpis i niestety będzie o czym opowiadać. Gwarantuję Ci, że po przeczytaniu tego materiału Twoje oczekiwania względem ludzkiej bezmyślności, wjadą na nowy poziom. Wracając - w Tajlandii i krajach azjatyckich można spotkać oprócz wcześniej wymienionych przeze mnie „atrakcji”, też inne „super pamiątki”, takie jak wina wężowe, ozdoby z kości słoniowej i włosów słoni. Popularność zyskuje również „bush meat”, czyli mięso kręgowców, zwierząt lądowych, najczęściej naczelnych. Więcej informacji, przykładów i zdjęć takich dziwnych rzeczy znajdziesz we wcześniej wspomnianym już tutaj przeze mnie filmiku na YouTube „Cenniejsze niż złoto”. Polecam ponownie, link do niego będzie w opisie.

Dlaczego to złe? Dlaczego miejsce dzikich zwierząt jest w dziczy, a nie na zatłoczonych ulicach miast? No cóż. Pomijając już oczywiście kwestie moralne, które są dla mnie i dla Ciebie logiczne, takie praktyki prowadzą też do ubytków w ekosystemach. Nie zagłębiając się w jakieś tam skomplikowane terminy – przyrodniczy system, taki jak np. las czy rzeka, nie jest w stanie żyć bez zwierząt, a one oczywiście bez niego też. Każdy gatunek pełni specjalną rolę w tym systemie i gdy go zabraknie, cała struktura może ulec zmianie, zawalić się.

Ludzie gdy wytępią drapieżniki, wyplenią je bo „są niebezpieczne” to nie ma kto ograniczać liczby roślinożerców. I nie. Nie, nie, nie myśliwi nie zrobią tego w tak odpowiedni sposób jak naturalne drapieżniki. Ludzie nie znają umiaru, często samą swoją obecnością zaburzają już spokój ekosystemu. Zwierzęta robią to naturalnie, nie ingerując tak. Są to tego stworzone. Co z kolei, idąc dalej, może stać się, gdy będzie za dużo tych roślinożerców? Tak, dobrze kombinujesz. Rośliny mogą sobie z tym nie poradzić. Może mieć to wpływ na jakość i ilość roślin, ale też na rozwój chorób w stadach, no bo nie ma kto eliminować tych słabych jednostek i poprawiać pulę ich genów, tych danych gatunków. Wiadomka, że drapieżnikom lepiej jest złapać zwierzę najwolniejsze i to najsłabsze. Im raczej nie zależy na dużym, pokaźnym porożu które można sobie walnąć nad kominkiem. Takich przykładów jest mnóstwo i można w te historie zagłębiać się coraz dalej i dalej - co jest tylko dowodem na to, że natura to bardzo skomplikowana i wręcz idealnie ułożona całość.

Trochę tak zdemonizowałam te zwierzęta roślinożerne, ale jak jest ich za dużo to mogą wyrządzić naprawdę poważne szkody. W Polsce mamy ten problem z jeleniowatymi przez brak właśnie wilków i rysi. Ale gdy są one w odpowiedniej proporcji mogą być cholernie pożyteczne. Bo popatrz tylko poprzez wydalanie ziaren, które zjadły wraz z owocami przyczyniają się do sadzenia i rozprzestrzeniania nowych roślin. Zjedzą w jednym miejscu coś, potem sobie wędrują, wędrują i załatwiają się już w innym miejscu. Tam zostaje to ziarenko, wraz z super nawozem i bum, mamy nową roślinkę. Naturalne działania jednych zwierząt, dają często schronienie, pożywienie czy nawet życie innym zwierzętom i roślinom. Pamiętaj - dżungla czy las jest zrównoważoną całością. I tak jest na całym świecie. Środowisko się rozwija i oczyszcza, krąg zatacza się niejako na nowo. No! Chyba, że wkładają lub włożyli w to rączki ludzie, to wtedy pojawiają się problemy i takie przypadki też niestety znamy.

Jakby powodów jeszcze było mało to działania związane z nielegalnym handlem dzikimi gatunkami tworzą również podziemny rynek, który stanowi ryzyko dla osób, które w nim działają. No i jasne, oczywiście mogą to być ci cwani, bogaci biznesmeni, ale także i ci biedni tubylcy, którzy muszą jakoś wykarmić swoje rodziny i podołać temu ciężkiemu nieraz życiu, jakie mogą wieść ludzie w krajach azjatyckich. Najłatwiejszym i najszybszym sposobem wydaje się więc tutaj ten nielegalny handel. Co jest kuźwa mega smutne bo wizja szybkiego zarobku wręcz zmusza tą lokalną ludność do złego działania. Pamiętaj, popyt zwiększa podaż, a tam gdzie pojawia się bieda, często zanika empatyczne myślenie.

Teraz CIEKAWOSTKA!

Czy wiesz, że Instagram wyświetla specjalne powiadomienie osobom szukającym zdjęć, które mogą przyczyniać się do krzywdy zwierząt? Wpisz sobie w wyszukiwarkę #tigertemple i zobacz co Ci wyskoczyło. Ok! Dla tych co teraz za bardzo nie mogą tego zrobić, przeczytam ten komunikat.

"Chroń przyrodę na Instagramie

Znęcanie się nad zwierzętami oraz sprzedawanie zagrożonych gatunków zwierząt lub ich części nie jest dozwolone na Instagramie. Wyszukujesz hasztag, który może być związany z postami zachęcającymi do szkodliwego zachowania względem zwierząt lub środowiska."

 

Na dole masz dwa przyciski - więcej informacji, po kliknięciu którego pojawia Ci się specjalna strona, poliniuję ją też w opisie.

Niestety Instagram jeszcze (JESZCZE) nie blokuje zdjęć zrobionych sobie ze „słodkim, spokojnym” tygrysem, bo możesz też kliknąć drugi przycisk – „wyświetl posty” i pomimo to zobaczysz je, ale wielkim plusem jest moim zdaniem już samo zwracanie uwagi odbiorców na ten problem. W końcu no, nie oszukujmy się – media społecznościowe to obecnie jedna z większych maszyn napędzająca takie właśnie atrakcje turystyczne. To tam najczęściej przecież chwalimy się i to wszystkim. ALE nie zrozum mnie źle – nie ma w tym nic złego! Trzeba tylko pamiętać CZYM się chwalimy.

Przechodząc już do końca podcastu - powiedz mi czy istniałby sklep, gdyby nie klienci? Tam, gdzie nie ma klientów, tam sklep plajtuje. Logiczne.

No. I tak samo jest właśnie z tego typu wszelkimi zwierzęcymi „rozrywkami”. Nie ma chętnych, nie ma atrakcji - proste. Dlatego myślę, że edukacja jest najlepszym i najefektywniejszym (jak na dzień dzisiejszy) narzędziem w walce z tym procederem. Tak, tak, nawet lepszym niż zakazy i sankcje – bo wtedy będzie rósł tylko czarny, podziemny rynek, a problem pozostanie. No, problem jest tylko wtedy, gdy trzeba nauczyć ludzi empatii. Ale to już kwestia na osobne rozważania... Na razie załóżmy może jednak, że ludzie jednak ją mają, a braki są tylko w wiedzy na temat potrzeb zwierząt.

Kończąc nasze rozważania powiem jeszcze tylko że:

Nie jeździłam nigdy na słoniu,

ale za to widziałam jak przeszukują one swoją trąbą drzewa, w poszukiwaniu tych najlepszych kąsków i robią sobie super piaskowe kąpiele!

Nigdy nie przytulałam lwa,

ale za to widziałam z daleka jak stado rozszarpuje kudu i zjada je ze smakiem!

Nie mam też zdjęcia z tresowanym niedźwiedziem z cyrku,

ale za to widziałam jego świeży trop i czułam smród jego mokrej sierści na szlaku!

A, no i z Afryki, w sumie jedyne bliskie selfie ze zwierzęciem (a raczej jego częścią) mam z czaszką słonia i czaszką żyrafy, znalezioną oczywiście w buszu.

Te doświadczenia są dla mnie o wiele cenniejsze!

P.S.

Oczywiście to nie jest tak, że to tylko Tajlandia to taki „zły, dziki kraj!”. Przykładów jest o wiele więcej, proszę bardzo:

Walki wielbłądów organizowane w rejonie Morza Egejskiego. W Turcji te zapasy praktykuje się od stycznia do marca. W tym czasie wielbłądy mają swój okres godowy i ich naturalną agresję spowodowaną biologią wykorzystuje się jako „paliwo” do walki.

Jest też impreza zwana La Rapa das Bestas - polega na sprowadzeniu do wioski, dziko żyjących w górach koni. No i tam potem rozpoczyna się z nimi wręcz bestialską walkę, podczas której ludzie obcinają im grzywy i ogony, szarpią się z nimi – no to jest istna nawalanka. I co dziwne - co roku festiwal przyciąga masę turystów.

Kolejno tradycyjne rzezi delfinów, wykonywane co roku przez japońskich rybaków i podobne rzezie na Wyspach Owczych – tym razem tutaj zbijane są grindwale. Walenie zapędzane są przez rybackie łodzie w kierunku plaż lub fiordów, a że to zwierzęta bardzo rodzinne to nie zostawiają siebie na pastwę losu, tylko często płyną za schwytanym osobnikiem – co dla (nie wiem jak tu nazwać tych ludzi) „rybaków” jest znacznym ułatwieniem. No i grindwale wyciąga się na brzeg (wykorzystując w tym celu liny i haki), gdzie ludzie zabijają te zwierzęta za pomocą „specjalnych noży”. Mówię specjalnych noży bo to tradycyjne polowanie jest ściśle uregulowane prawnie. Serio. Często w tym zdarzeniu biorą udział nawet matki z dziećmi. Jeśli sobie wpiszesz w Internet i będziesz chciał zobaczyć kilka zdjęć z tego wydarzenia to zobaczysz, że całe morze nabiera ciemno czerwonej barwy od krwi tych ssaków.

Dalej - „zaklinanie węży” przy pomocy instrumentu np. w Indiach czy innych krajach azjatyckich a także krajach Afryki Północnej (Egipt, Tunezja, Maroko). Ten „taniec”, który gady wykonują w rytm muzyki tak naprawdę jest ich reakcją obronną. Wężom często też, dla bezpieczeństwa, wyrywa się kły, ich pyski są częściowo zaszywane, a kanaliki jadowe kaleczy się za pomocą gorących igieł.

Są też oczywiście pokazy „tresowanych” małp w Indiach. Zwierzęta wykonują sztuczki, takie jak powitanie pieszych, jakiś taniec, akrobatyczne obroty – oczywiście za pieniądze.

I mogłabym tak wymieniać, wymieniać do jutra….

Człowiek – to brzmi dumnie. No nie?

© 2023 by Going Places. Proudly created with Wix.com